RZUTZA3.PL EUROPEJSKIE ROZGRYWKIBYLI-GRACZE-PLK-KONCZA-PRZYGODE-LEGII-W-ENBL-SREDNIA-PRZYGODE

Byli gracze PLK kończą przygodę Legii w ENBL - średnią przygodę...

18/03/2025 23:11
Andrzej Romański/plk.pl

Polską koszykówkę na międzynarodowych parkietach reprezentują jeszcze 2 drużyny: Legia oraz Dziki Warszawa. Pierwsza z nich we wtorkowe popołudnie przystąpiła na wyjeździe do rewanżowego starcia z rumuńskim CSO Voluntari. Był to ćwierćfinał ligi północno-atlantyckiej. Do Bukaresztu z kolegami nie poleciał Andrzej Pluta, więc szanse gości na odrobienie 14 punktowej straty z pierwszego meczu znacząco zmalały. Pewne było jednak, że podopieczni trenera Heiko Rannuli będą chcieli zagrać dobry mecz, wdrażać się w zagrywki i taktykę nowego trenera, bowiem w Orlen Basket Lidze zbliżamy się do decydujących rozstrzygnięć.

Początek meczu nie układał się dobrze dla przyjezdnych. Rumuński zespół trafiał wiele rzutów zza łuku, a jego liderami byli dobrze znany z polskiej ligi Kodi Justice i Mike Caffey(odpowiednio ex Śląsk i ex Czarni). Koszykarze z Warszawy byli niezorganizowani w obronie i oprócz trójek pozwalali na zbiórki w ataku czy też proste wjazdy pod kosz. Umiejętnie swoją przewagę mobilności nad Mate Vuciciem wykorzystywał Louis Sullivan. Pierwsza kwartę znacznie wygrali gospodarze spotkania.

W drugiej odsłonie starcia Legia zwiększyła koncentrację i agresywność w grze, poza nielicznymi fragmentami miała pomysł na grę w ataku. Czyli tzw.short roll z Mate Vuciciem czy proste pick&rolle z EJ Onu, który był bardzo aktywny w 1 połowie. Nieco w cieniu znajdował się Kameron McGusty, który po 20 minutach 1 części spotkania miał na koncie 6 oczek, lecz w rolę lidera warszawskiego zespołu wcielił się kapitan - Michał Kolenda, który zdobywał punkty na różne sposoby i mobilizował tym kolegów z drużyny. Mimo tego to niesieni dopingiem we własnej hali gospodarze prowadzili przed przerwą 6 punktami i po niecelnym rzucie z połowy McGustyego ten stan się utrzymał, a przecież Legii zależało na wyższym zwycięstwie.

Voluntari zaczęła 3 kwartę od efektownego and one’a rumuńskiego rozgrywającego Lucasa Tohatana, później Legię próbowała się odgryzać chociażby wszechstronnością Aleksy Radanova czy indywidualnymi akcjami Keifera Sykesa, lecz gra w obronie była fatalna. Mike Caffey wjeżdżał bez problemu pod kosz i wykańczał akcje czy to lay-upem czy też asystą do któregoś z podkoszowych. Z minuty na minutę wydawało się, że Rumuni grają na coraz większym luzie co przekładało się na efektowność ale i efektywność. Legia natomiast traciła wiarę w końcowy sukces, nie mieli pomysłu na atak, a w obronie jakby brakowało sił. Stan rywalizacji próbował jeszcze uratować akcjami izolacyjnymi Keifer Sykes, lecz to było za mało przy pokonać poukładaną, skupioną i energetyczną drużynę Voluntari. Swoje minuty otrzymali Maks Wilczek, który w ostatnim meczu ligowym był poza rotacją i trzeba powiedzieć, że młodzieżowy reprezentant Polski udowadnia swoją przydatność w rotacji, a także Rafael Kolawole zawodnik drugiej drużyny. W Voluntari przez całe spotkanie dominował Mike Caffey, który kontrolował piłkę i dystrybuował ja perfekcyjnie, świetną drugą połowę zanotował Lucas Tohatan.

Niestety po dwóch średnich meczach z rumuńskim zespołem Legia żegna się z europejskimi rozgrywkami i trzeba powiedzieć, że była to średnio udana przygoda. Drużyna z Warszawy posiadają ambicje na FIBA Europe Cup grała powolna koszykówkę i sprawiała trochę wrażenie zespołu bez taktyki. Tak naprawdę żaden z meczów Warszawian z lidze ENBL nie był porywający pod względem jakości ich gry, ale 46 punktów zdobyte w jednej kwarcie z norweską drużyną Fyllingen Lions robi wrażenie… Mimo wszystko trzeba pamiętać, że jak powiedział w wywiadzie z naszą redakcją Dominik Grudziński - silny skrzydłowy Legii ENBL było traktowane bardziej jako przygotowanie mentalne, ale przed wszystkim kondycyjne na najważniejsze fragmenty sezonu ligowego. Teraz polskim kibicom pozostaje jedynie zaciskać mocno kciuki za warszawskie Dziki, które jutro o 20:00 zmierzą się z silną niemiecką drużyną Bamberg Baskets w Niemczech.